Niedziela, 7 września 2008 Marka Reginy Ryszarda
Szukaj w Internecie
Szukaj w Polibuda.info
Polibuda.info » Sport i turystyka » Relacje z wyjazdów   
Drukuj
Na rowerze przez Słowację i Czechy - Cz.1 Słowacja
8,30/10 głosów: 33 Oceń artykuł
Relacja z wyjazdu rowerowego którego motto brzmiało "102 km dziennie to za mało". Czy towarzyszyło nam ono do końca, przekonacie się czytając dalszą część relacji.

102 km dziennie to za mało, podobno... a tak naprawdę czasem 50 okazywało się zbyt dużą odległością a czasem na 120 kilometrze pytaliśmy w którą stronę teraz...

Zaczynając od początku... pierwszym etapem wyprawy było zniesienie naszych jucznych rowerów z czwartego piętra alcatrasu, o tym że etap wypadł pomyślnie świadczy dalsza część wyprawy, już wtedy zresztą w naszych głowach powstała nurtująca myśl, która zresztą nie opuściła nas już do końca - może jednak trzeba było zabrać mniej tego wszystkiego...

Dojechaliśmy na dworzec zachodni - jedne schody, drugie schody - ależ okropnie musi się tu czuć człowiek na wózku inwalidzkim... Wychodzimy na peron i... nie ma tłumów... czy to na pewno nasz peron?.. Okazuje się, że nasz, więc przyjmujemy postawę strategiczną we wskazanym przez Nortona miejscu (kilka dni wcześniej przyjechał tu i sprawdził gdzie dokładnie zatrzymuje się przedział rowerowy). Tłumy jednak na szczęście nie nadciągnęły i spokojnie umieściliśmy nasze rumaki w przedziale rowerowym i zajęliśmy sąsiedni przedział ze specjalnie zamontowaną szybą do podglądania swojego przybytku podczas jazdy.

Jeśli komuś kiedykolwiek się wydawało, że przedział rowerowy jest jakoś szczególnie przystosowany do przewozu rowerów to może się zdziwić, bo polega to na zamontowaniu 3 wieszaków na ścianie i zdemontowaniu siedzeń, więc formalnie jest to przedział na 3 rowery... Już na centralnym jednak dowiedzieliśmy się, że ktoś w takim przedziale potrafi zmieścić dwa razy więcej rowerów, a wtedy było ich tam już osiem! Polak potrafi! - pomyśleliśmy i pomogliśmy sfrustrowanemu młodzieńcowi umiejscowić swój bicykl. Po czym zgodnie z radą Kubusia Puchatka "Wybierając się na Przyprawę, nie zapomnij zabrać ze sobą Prowiantów. Albo chociaż czegoś do zjedzenia" zajęliśmy się jedzeniem. Poziomka roztoczyła woń kotletów, żółtego sera i ich innych Prowiantów, więc nie traciliśmy czasu :) aż do momentu gdy dopadł nas sen.

Ja przy każdej nadarzającej się kontroli biletów sprawdzałam użyteczność mojej legitymacji ISIC - jeśli komuś się wydaje, że posiada ona jakieś tajne właściwości poza samym ubezpieczeniem to się mylił, przynajmniej nie w Polsce, Czechach i na Słowacji, można ją z powodzeniem schować na samym dole sakwy.

Do Zagórza dojeżdża tylko ciuchcia spalinowa, ciuchcie lubią się psuć, gdy zepsuje się ciuchcia przychodzi ci stać w szczerym polu i jedyną rozrywką na której przychodzi ci zawiesić oko to operator miniaturowej koparki. -Co pan robi? -I tak nie zrozumiecie. -Więc co dokładnie? -Tyczymy trakcję elektryczną, rozumiecie? Zastanawialiśmy się chwilę, które ze słów było tym trudnym, nie odgadliśmy. Gdy zepsuje się ciuchcia konduktor za każdym razem gdy go zapytasz mówi, że nowa będzie za pół godziny, nawet wtedy gdy pytasz go godzinę później, nowa ciuchcia przyjeżdża dopiero wtedy gdy wyrzucasz swój bagaż przez okno a konduktor mówi, że nastąpi to za 5 minut :o). Bagaże wrzuciliśmy przez okno z powrotem i niedługo potem wyrzucaliśmy je znowu ale już w Zagórzu.

Peron w Zagórzu to po prostu kawałek kiepskiej trawy na kamieniach między torami, z tej perspektywy wagony wydają się dużo wyższe niż na centralnym w Warszawie. Wykonaliśmy zdjęcie na stacji, i ruszyliśmy... najpierw oczywiście na poszukiwania bankomatu (za policją w prawo) a potem w kierunku przejścia granicznego w Radoszycach. Norton śledził trasę, my śledziliśmy Nortona, co okazało się dosyć dobrym rozwiązaniem. Przejścia graniczne mają w stylu przed dotarciem do celu męczyć rowerzystów, a chwilę później oferują im szybkie zjazdy. Zrozumiałam wtedy czemu poeci mieli w zwyczaju kiedyś wdrapywać się pod niebo.
Szybko okazało się, że nie istnieją zjazdy po których nie ma podjazdów, więc pierwszy podjazd za granicą stał się naszym tymczasowym noclegiem. Wdrapaliśmy się na łąkę, rozbiliśmy namioty, wyjęliśmy pasztety i przygotowaliśmy herbatę. Na wszystkich moich wyprawach bezsprzecznie królowały drobiowe pasztety, czasem myślę, że jeśli wyprawa mogłaby się odbyć bez pasztetu, oznaczałoby to, że czas już przejść na emeryturę.

Pierwszy poranek podrzucił nam do rozwiązania pierwszy problem, gdyż o szóstej rano zaczęło grzmieć. Nadzwyczaj szybko wyskoczyliśmy z namiotów i postanowiliśmy się spakować, jak się później okazało na szczęście burza była od nas szybsza, więc... poszliśmy spać. Ranek był słoneczny namioty bardzo szybko wyschły, my zachowaliśmy suche ubrania na przyszłe czasy. Lubię się budzić gdy świeci słońce i gdy wszyscy mają błogi nastrój. Okazało się też, że podjazd był dosyć krotki a potem znowu szaleństwo zjazdu i bicia rekordów szybkości. Sakwy niezwykle szybko rozpędzają rower, i trzeba się mieć cały czas na baczności, wiwat liczniki rowerowe! Szczególnie nierówno wyważone sakwy potrafią dostarczyć wrażeń na zjazdach.

Kolejny dzień nie należał do lekkich. Pogoda była piękna i widoki cudne, podjazdy ciężkie, wybraliśmy skrót żółtą drogą, na szczycie skończył się asfalt i ćwiczyliśmy jazdę slalomem między ogromnymi kałużami. Lubię patrzeć na świat z góry. Lubię gdy czasem przednie koło odrywa się od drogi, lubię też zjeżdżać tak szybko, że wiejskie psy nie są w stanie mnie dogonić. Lubię też smaczne obiady po męczącym dniu.
Następnego dnia mieliśmy małe problemy ze znalezieniem noclegu. Już pierwszego dnia Natalia z Poziomką prorokowały, że jeszcze będziemy wspominać pierwszy nocleg jako ten najlepszy, i miały całkowitą rację. Wjeżdżaliśmy w coraz bardziej ucywilizowane rejony i coraz ciężej było znaleźć osamotnioną łąkę za krzakami i ze strumieniem.

Kolejnego dnia Ja, Poziomka Maciek i Kwestor w Starej Lubovni wsiedliśmy w pociąg. Pociąg po słowacku to vlak (kto by pomyślał) na szczęście rosyjska maszina też została zrozumiana więc udało nam się znaleźć stację kolejową. Na Słowacji miejsce w którym przebywa konduktor to kancelaria dopravna. Hm kancelaria prawna na dworcu, ciekawa sprawa, pewnie mają łazienkę :o) pomyślałyśmy z Natalią. Konduktor powiedział że to służbowa ale możemy wejść. Na drzwiach naga niewiasta z grudnia 2004 i kartka z napisem "Usiądź, odpocznij sobie, a jak będziesz wychodził sprawdź czy nic po sobie nie zostawiłeś, żeby następny nie musiał na to patrzeć" - przynajmniej wydaje mi się, że mniej więcej tak to brzmiałoby po polsku. Norton i Natalia postanowili dojechać do Popradu o własnych siłach robiąc dużo zdjęć po drodze i wzbudzając nasza zazdrość ;). Było coraz zimniej i coraz bardziej mokro, założyłam klapki, żeby nie zmoczyć butów. Noclegu szukaliśmy zaraz za Popradem w nowobogackiej wsi, gdzie nikt nie otwiera drzwi, gdzie nawet ksiądz udaje, że go nie ma, gdzie chyba zawsze pada deszcz, gdzie zaraz za wsią rozpoczyna się wielkie bagno. Rano w ludziach chyba budzi się współczucie i zasypia gdzieś koło 21.

Rano dostaliśmy dzbanek ciepłej herbaty :o). Rano też wycieraliśmy namioty ścierką, żeby szybciej wyschły, spakowaliśmy się i zaczęło padać. Na szczęście niedaleko było Tesco! Tesco było jak kompan, który jest zawsze blisko. Od tego dnia niestety deszcz również stał się naszym kompanem. Jazda po górach zdecydowanie spłyca percepcję dzień po dniu, szczgólnie gdy dni stają się coraz bardziej podobne, gdy pada deszcz i czujesz się jak Forest Gump w Wietnamie, gdy poznajesz wszystkie rodzaje deszczu, gdy pada on z góry na dół, z lewa na prawo i z prawa na lewo i tez z dołu do góry spod twoich opon, a także potrafi przybierać wszystkie formy pośrednie. Gdy wybierasz miedzy trochę mokrą chłodniejszą bluzką i trochę bardziej mokra cieplejszą bluzką. Gdy zjeżdżasz z góry i czujesz wbijające się w ręce szpilki.

Kolejny nocleg mieliśmy na polu namiotowym, zdecydowaliśmy też wtedy, że do końca już będziemy wybierać miedzy obiadem a polem namiotowym. Udało nam się trochę odpocząć, ciepła woda, prysznice, kuchnia gdzie mogliśmy ugotować dużo wody na herbaty, chińskie zupki i budynie, i stół pod dachem - nie straszny był nam deszcz.
Potem zapakowaliśmy się w nasze mumie i szybko usnęliśmy. Chyba jeszcze nigdy wcześniej nie spałam w takiej ilości ubrań, zresztą z nocy na noc zakładałam ich coraz więcej, aż do momentu przełomowego, gdy po prostu wieczorem założyłam na to co juz na sobie miałam kolejne warstwy. Do tej pory mam odciśnięte na łydkach paski skarpet. Kolejnego dnia dojeżdżaliśmy już do granicy czeskiej, wybraliśmy drogę przebiegająca na granicach Małej Fatry, białe stożki porośnięte ciemnozielonym lasem, jasnozielone pastwiska z białoczerwonymi krowami i pasterzami o ciemnobrązowych od słońca twarzach i ich szarymi psami strzegącymi porządku. Przy drodze maliny, w powietrzu zapach łopianu - świetne miejsce...
Oceń artykuł
8,30/10 głosów: 33
Autor: Ola Pelczarska dnia: 19.08.2007 [17:00]
Dodaj do: Dodaj do Google Bookmarks Dodaj do Wykop.pl Dodaj do del.icio.us Dodaj do gwar.pl


komentarze (0)

Twój komentarz może być pierwszy.

Dodaj nowy komentarz

Jesteś niezalogowany. Zaloguj się, jeśli nie chcesz aby komentarz był anonimowy.



Zwiększ wysokość pola Zmniejsz wysokość pola

(opcjonalnie)
6 + 9 plus siedem =
38.103.63.* - w takiej postaci pojawi się Twoje IP, gdy jesteś niezalogowany

* zabezpieczenie antyspamowe (dla niezalogowanych użytkowników)

Dodawanie komentarzy:
Użyj [http://www.polibuda.info] lub [http://www.polibuda.info|opis] przy wstawianiu odsyłaczy..
Tagi HTML są zablokowane.