| ||
|
|
Polibuda.info » Sport i turystyka » Relacje z wyjazdów
Po pokonaniu 537 km po Słowacji w większości niezbyt sprzyjających warunkach atmosferycznych, wjeżdżając do Czech mieliśmy nadzieję na odmianę pogody. Nasze nadzieje ziściły się tylko częściowo, a teren Czech zamapiętam jako ten który najbardziej "dał nam w kość" pomimo iż był bardziej płaski niż Słowacki.
Autor: Marcin Matosek dnia: 23.08.2007 [16:30]
Po ciężkiej wspinaczce jaką zaoferowała nam na pożegnanie Słowacja, od granicy już na terenie Czech mogliśmy sobie trochę odetchnąć. Mieliśmy przed sobą długi kręty zjazd, przedzierający się przez gęsty las niczym wąż. Miejscami las był tak gęsty, a promyków słońca tak niewiele iż jadąc nim z prędkością 40 km/h, miałem wrażenie jak gdybym jechał długim tunelem. Na końcu tegoż tunelu zamiast światełka zastaliśmy skrzyżowanie dróg, krótkie spojrzenie na mapę szybka decyzja, i postanowiliśmy udać się w kierunku miejscowości Frydlant. Zobacz także
Początkowo trasa zaserwowała nam parokilometrowy podjazd, jednak jak to zazwyczaj bywa, po podjeździe musi być zjazd (zazwyczaj, jednak nie zawsze, po drodze mieliśmy kilka przypadków kiedy po jednym podjeździe gdy zdawało się ze już wyżej wjechać się nie da, pojawiał się ukryty za drzewami kolejny, jeszcze większy ). Tym razem mieliśmy szczęście, zastaliśmy piękny długi zjazd podczas którego mogliśmy podziwiać miejscami ukryty za drzewami basen wodny Szance, który kończył się zaporą wysokości 65 m oraz długości 342 m. Widok cienkiej zapory wodnej oddzielającej dolinę w której znajduje się miejscowość Ostrawice od wielkiej masy wody naprawdę zapiera dech w piersiach. Zauroczeni tym widokiem postanowiliśmy zrobić sobie chwilę przerwy na zdjęcia oraz na wciągnięcie ostatnich 3-bitów zakupionych jeszcze na Słowacji. Dalszą trasę przebyliśmy już płaskimi drogami, spotykając na drodze liczne grupy rowerzystów jak i motocyklistów. Właściwie pokusić się można o stwierdzenie iż obie te grupy stanowiły na trasie główny ruch aż do do skrzyżowania z drogą 483 za miejscowością Ostrawice. Po ciężkich poszukiwaniach terenu do rozbicia namiotów znaleźliśmy odpowiedni na peryferiach miejscowości Frydek-Mistek. Zmęczeni po przebytych 94 km, ale zadowoleni z siebie rozbiliśmy pośpiesznie obozowisko i po krótkim podsumowaniu dnia ułożyliśmy się do snu. Rano obudził nas zbliżający się turkot kół oraz warkot silnika lokomotywy spalinowej. Odgłosy stopniowo nasilały się aż do takiego stopnia że przez chwile przemknęła myśl czy on czasami nie jedzie na nas. Nieee... na szczęście przejechał obok, po ukrytym w pobliżu torze. Tego dnia przywitała nas piękna pogoda, jak się później okazało był to drugi słoneczny dzień podczas naszego 10 dniowego rowerowania. Tego też dnia Ola wraz z Mariuszem postanowili że pojadą na pobliską stację kolejową i wrócą do Polski. Decyzja spowodowana była coraz gorszym stanem kolana Mariusza, które po przebyciu tak wielu podjazdów zaczynało odmawiać posłuszeństwa. Pożegnaliśmy się na obozowisku, życząc sobie szerokiej drogi, a kiedy zniknęli za małym zakrętem, postanowiliśmy zwinąć obóz i jechać dalej . Tym razem nasza trasa prowadziła w większości mniejszymi rzadko uczęszczanymi drogami. Przed miejscowością Jistebnik szlak przebiegał środkiem pobliskiego jeziora, dzieląc go na dwie części. Dalsza trasa jeszcze bardziej nas zaskoczyła. Otóż za Jistebnikiem na poboczu namierzyliśmy drzewko wiśniowe z dorodnymi owocami. Jakie było nasze zdziwienie kiedy po małym szamanku wiśni Poziomka stwierdziła że z drugiej strony ulicy rośnie sobie drzewko czereśniowe. Po spróbowaniu dobrych czereśni, postanowiliśmy jechać dalej, ale jak tu jechać kiedy kolejne czereśniowe drzewa na poboczu mają jeszcze piękniejsze owoce.... Tego dnia po mimo ładnej pogody nie udało nam się zrobić wielkiej ilości kilometrów. Drzewa czereśniowe towarzyszyły nam prawie przez całą drogę aż do miejscowości Budisov, gdzie na pobliskim wzgórzu rozbiliśmy swoje obozowisko. Wiele osób dało by wszystko aby mieć taki widok z okna jaki my mieliśmy z drzwi naszych namiotów. Był on jak z obrazu z pięknym pejzażem, przedstawiał całą dolinę znajdującą się u podnóża wzniesienia. Na dole dostrzec można było linię kolejową, oraz malutki składzik kolejowy wielkości paluszka solonego marki Lajkonik mozolnie przedzierającego się poprzez most, na wijącej się w poprzek linii, spokojnej małej rzece. W oddali widać było jeszcze fragmenty miasta Budisov niezasłonięte przez pobliski mały ale gęsty las. To był widok... Następny dzień niestety przywitał nas mokro i mgliście. Ruszyliśmy w trasę, udając się do miejscowości Moravsky Beroun. Kiedy do niej dotarliśmy pogoda popsuła się jeszcze bardziej i coraz większe chmury zaczęły kłębić się nad nami. Zrobiło się ciemno i brzydko. Tym razem dziewczyny Natalia oraz Poziomka zdecydowały że nie będą jechały w taką pogodę dalej i wrócą się do miejscowości Opava, skąd pojadą pociągiem do Polski. Ja wraz z Maćkiem zdecydowaliśmy kontynuować podróż licząc na poprawę pogody. A że po kilku przebytych kilometrach nie zapowiadało się na jej rychłą poprawę postanowiliśmy ewakuować się do oddalonej o 15 km miejscowości Strenberk zanim deszcz nas zaskoczy. Niestety nie udało się. Deszcz zaatakował mniej więcej w połowie drogi. Zaczynał padać coraz mocniej, a my mieliśmy jeszcze 7 km do przejechania. Jednak nie było aż tak źle, okazało się iż zrobiliśmy ten dystans w ...15 minut, a to dlatego iż za miejscowością Nove Dvorce przez pozostałe 7 km jechaliśmy cały czas z górki utrzymując prawie cały czas prędkości około 30 km/h. Na dole mokrzy ale szczęśliwi udaliśmy się na stację kolejową. Pogoda nie zapowiadała się ładnie, wiec postanowiliśmy dalszą trasę pokonać pociągiem. I tak począwszy od tego dnia, niestety pociąg stał się naszym głównym środkiem lokomocji. Jak na złość, gdy wsiadaliśmy do pociągów było zimno i deszczowo, po to tylko żeby jak już ruszymy rozpogodziło się, oczywiście nie za mocno, aby przy wysiadaniu przywitać nas z powrotem deszczem :-). Ale nas już to nie zaskakiwało, przyzwyczailiśmy się przez wcześniejsze dni wyprawy do takiej doli. Nie ważne było czy Natalia zabiła pająka czy Poziomka go uratowała...jak chciało padać to padało. Jednak tym razem nie mieliśmy już ochoty jechać w deszczu, wiec wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy do Ołomuńca. Po smacznym obiadku z Ołomuńca następnie udaliśmy się również pociągiem do Ceskiej Trebovej. Tu w godzinach wieczornych z braku alternatywy musieliśmy w deszczu rozbić namiot na leśnej rzadko używanej dróżce. Na szczęście nikt nie miał zamiaru o takich godzinach i w taką pogodę wychylać nosa z domu wiec nikomu nie przeszkadzaliśmy. Rano zmarznięci ruszyliśmy rowerami do miejscowości Letohrad, skąd pociągiem udaliśmy się do przygranicznej miejscowości Dolni Lipka. Prościutko przez przejście graniczne w Boboszowie udaliśmy się do Miedzylesia, skąd planowaliśmy dojechać pociągiem do Kłodzka. Jak tylko dojechaliśmy do stacji w Międzylesiu deszcze rozpadał się na dobre. Droga do stacji zamieniła się w małą rzeczkę. Zapoznawszy się z rozkładem jazdy, udaliśmy się zadowoleni z dobrze obranej strategii do kasy biletowej aby kupić bilet na pociąg do Kłodzka Głównego. W tym momencie nasze szczęście chwilowo się skończyło, pani bileterka oświadczyła że na linii z Międzylesia do Długopola-Zdrój jest remont, pociągi nie kursują, a jedynie autobusy zastępcze ...ale niestety rowerów kierowca raczej nie zgodzi się zabrać wiec musimy sami dojechać do tej miejscowości. Pomyślałem, przed nami ciężki spływ rowerowy, jednak w tym momencie pani bileterka spojrzała za okno, i chyba trochę żal się nas zrobiło, wstała, rzuciła do mikrofonu...”poczekajcie chwilkę”, i udała się do pokoju gdzie rezydowała drużyna konduktorska. Z nadzieją odprowadziliśmy ją wzrokiem do drzwi. Wyszedłszy stamtąd udała się do kierowcy, po to by za chwilę przynieść nam radosną nowinę - „kierowca i drużyna konduktorska zgadza się abyście jechali, jeśli uda wam się zmieścić z rowerami”. Do jeszcze nie tak brzydkiego Jelcza z rowerami oczywiście udało nam się zmieścić. Cały ekwipunek usadowiliśmy na siedzeniach a rowery oparliśmy o poręcze przy drzwiach środkowych skutecznie blokując przednią część autobusu przed wyjściem nimi. Bez problemów jednak dojechaliśmy do Długopola-Zdrój, a tam szybka przesiadka do pociągu. Z Kłodzka Głównego ( ta nazwa to zmyłka, tak naprawdę do najbliższego sklepu z tej stacji jest około 1 km, a do centrum miasta jeszcze dalej) do Warszawy ruszyliśmy o godzinie 21:55, a droga oprócz iskrzącej się lokomotywy przebiegła nam bez zakłóceń. W Wawie byliśmy rano ok. godziny 7:00. wielce zmęczeni ale zadowoleni z siebie pożegnaliśmy się , umawiając na spotkanie podsumowujące. Podsumowanie W ciągu 10 dni na rowerach łącznie zrobiliśmy 700 km, największy dystans 114 km zrobiliśmy piątego dnia najmniejszy ostatniego 42 km. Średnia prędkość wahała się w granicach od 14 km/h do 16 km/h. Dziennie na rowerach spędzaliśmy około 5-6 godzin. Przez całą podróż spaliśmy tylko na jednym kempingu, a pozostałe noclegi spędzaliśmy na dziko z czego niezmiernie jesteśmy dumni. Wbrew pozorom to na obozowiskach dzikich odpoczywałem najlepiej, ponieważ nikt mi nie chrapał nad uchem z sąsiednich namiotów :-). Po mimo nieudanej pogody wycieczka była bardzo udana, i niezmiernie pouczająca. Teraz już wiemy jak patrzeć na długoterminowe prognozy pogody ... oczywiście z przymrużeniem oka :-). komentarze (0)Twój komentarz może być pierwszy.Dodaj nowy komentarzJesteś niezalogowany. Zaloguj się, jeśli nie chcesz aby komentarz był anonimowy.Dodawanie komentarzy: |
|