| ||
|
Polibuda.info » Kultura » Kino » Recenzje
„Juno” to historia amerykańskiej nastolatki, która po uświadomieniu sobie, że jest w ciąży postanawia nie wychowywać samodzielnie swojego potomka ale zaraz po urodzeniu oddać go do adopcji rodzinie, której ogłoszenie znalazła w gazecie. Spotkanie z Markiem i Vanessą, przyszłymi rodzicami maleństwa, utwierdza ją w poprawności dokonanego wyboru, tym bardziej, że Paulie Bleeker, ojciec dziecka nie wydaje się być wystarczająco dojrzały by podjąć się odpowiedzialności za wspólne wychowanie niemowlaka. Jednak ciąża okazuje się być dla Juno czymś więcej niż tylko czasem, kiedy piersi robią się wielkie jak melony, co chwila trzeba odwiedzać toaletę a sznurówki widujesz tylko w lustrze – to także okres poszukiwania własnej tożsamości, uporania się z destrukcją części złudzeń i nabrania odwagi, by przyznać się przed sobą do tego, czego najbardziej się chce od życia. Moim zdaniem największą zaletą tego filmu jest grająca rolę Juno aktorka Ellen Page. Mówiąc kolokwialnie, dziewczyna jest po prostu absolutnie bezkonkurencyjna. Ona nie gra Juno, ona najzwyczajniej w świecie jest Juno. Pamiętacie może aktorstwo Anny Cieślak w jednym z najgorszym polskim „romansokomedioniczym” o tytule „Dlaczego nie!”? Jeśli tak, to odwróćcie je o 180 stopni i dostaniecie panią Page. Żadnego machania rzęsami, żadnego zasłaniania się ładnymi ciuchami czy pięknym makijażem, po prostu – czysta, profesjonalna gra, pozwalająca odczuć przeżycia Juno niemalże na własnej skórze (tym bardziej, że – nie ukrywajmy – tematyka jest dosyć mocno realistyczna). Bardzo podobał mi się jeden z momentów zwrotnych w filmie, gdy Juno traci grunt pod nogami bo świat, do którego odnosiła się lekceważąco i trochę pogardliwie, ale w którym tak naprawdę czuła się bezpiecznie i komfortowo i do którego podświadomie tęskniła, poprzez jeden nierozważny ruch sypie się jak domek z kart. Page wydobyła tutaj ze swojej bohaterki wszystko – histerię, rozchwianie, załamanie, a potem refleksję, odwagę oraz pewność siebie i odpowiedzialność za swoje własne decyzje. Mocnym punktem filmu jest również scenariusz Diablo Cody, tegorocznej laureatki Oscara, której życiorys jako między innymi byłej striptizerki mógłby zapewne posłużyć jako szkielet do wielu ciekawych historii. Cody, bazując na skrypcie do filmu „American Beauty” jako podręczniku o robieniu scenariuszy wniosła do kinematografii powiew świeżości i bezproblemowości. Jej opowieść jest natchniona autentyzmem, a jednocześnie umiejętnie poprzetykana nietypowymi sytuacjami i wątkami, które nie pozwalają widzom na stuprocentowe przewidzenie dalszego rozwoju akcji, mimo że nie ona jest w tym filmie najważniejsza. Widać po prostu, że Diablo Cody napisała scenariusz bo miała na niego pomysł i chęć by go powołać do życia, a nie z powodu nacisku jakiegoś kasowego reżysera lub chwilowego braku gotówki. Film zdecydowanie polecam i to właściwie bez jakiś szczególnych przeciwwskazań, chyba, że ktoś ma już zdecydowanie dosyć wysłuchiwania o problemach młodocianych matek czy niedojrzałych emocjonalnie nastolatków i każda tego typu produkcja wywołuje u niego odruch zniechęcenia. Życzę zatem miłego oglądania i czekam na ewentualne komentarze. Film obejrzany dzięki uprzejmości: Banner
komentarze (2)
Strona: 1/1
1 Dodaj nowy komentarzJesteś niezalogowany. Zaloguj się, jeśli nie chcesz aby komentarz był anonimowy.Dodawanie komentarzy: |
Brak otwartych konkursów
|