| ||
|
Polibuda.info » Kultura » Kino » Recenzje
Często jednak mimo umieszczonego nadmiaru brutalnych scen w rodzaju wbijania szpilek w rany czy obcinania głowy siekierą reżyserzy nie potrafią utrzymać w swoich filmach klimatu prawdziwego napięcia, niekiedy nawet bezpiecznie zbliżając się do czegoś bardziej groteskowego niż autentycznie przerażającego. „Sierociniec” hiszpańskiego debiutanta Juan Antonio Bayona jest jednak zdecydowanym przeciwieństwem tego typu nieudolnych produkcji. Fabuła „Sierocińca” opiera się na relacji między Laurą (Belén Rueda), trzydziestosiedmioletnią byłą wychowanką domu dziecka a jej adoptowanym synem Simónem(Roger Príncep). Laura i jej mąż Carlos (Fernando Cayo) planują przystosowanie sierocińca, w którym kobieta mieszkała w dzieciństwie, na ośrodek dla dzieci niepełnosprawnych i umożliwienie kilkorgu z nich dorastanie w normalnych warunkach. Małżonkowie mają też nadzieję, że pojawienie się w domu gromadki dzieci spowoduje, że osamotniony do tej pory Simón zapomni o swoich wymyślonych przyjaciołach Watsonie i Pepe. Pewnego dnia do domu Laury i Carlosa przybywa staruszka Benigna podająca się za pracownicę opieki społecznej, która chce porozmawiać z matką Simóna na temat kwestii związanych z jego wychowaniem. Jednak od czasu jej wizyty w życiu rodziny zaczynają dziać się trudne do wytłumaczenia rzeczy, a ciąg tych tajemniczych wydarzeń osiąga swój punkt kulminacyjny w momencie nagłego zniknięcia Simóna podczas przyjęcia dla niepełnosprawnych dzieci. Od tego czasu Laura rozpoczyna heroiczną walkę o odzyskanie chłopca, równocześnie uświadamiając sobie, że jej własną przeszłość również skrywa niejedną mroczną tajemnicę. „Sierociniec” to przede wszystkim piękno – pełne plastyki ujęcia, krajobrazy, muzyka, umiejętne operowanie barwami, stylowo udekorowane wnętrza składają się na bardzo przyjemny w odbiorze, klimatyczny, artystyczny niemalże twór. Podejrzewam, że oglądając ten film w domu nie odczujemy nawet połowy wrażeń, jakie zapewnia kino – „Sierociniec” to produkcja z gatunku tych, w których ważny jest każdy szczegół, a muzyka ustawiona na odpowiednim poziomie natężenia potrafi zarówno uspokajać, relaksować, odprężać jak i przerażać, niepokojąco świdrować głowę (znacie to z japońskiego „Kręgu”), podkreślać i potęgować lęk dostarczany przez obraz. Mocną stroną „Sierocińca” jest także umiejętne wykorzystanie konwencjonalnych „elementów podstawowych” filmów grozy, czyli takich psychologicznych straszaków jak np. zło wcielone w postać małego dzieciaczka, ciemne, ciasne komórki z tajemniczymi trzaskami, upiorne strachy na wróble czy kojarzące się wyglądem z Chucky laleczki z okresu dzieciństwa. Prawda jest taka, że każdy z nas zna już te sztuczki i widział je już po pięć razy w niezliczonych superprodukcjach, jednak tutaj dzięki bardzo rzetelnemu dopracowaniu detali i ciekawemu spojrzeniu reżyserowi udało się zrobić film, którego fabuła być może nie urzeka oryginalnością, ale całość zasługuje na miano naprawdę porządnie zrobionego horroru, niepozwalającego widzowi ani na chwilę odwrócić wzroku od ekranu. Dodatkowym plusem filmu jest moim zdaniem jego zakończenie, którego początek zaskakuje niespodziewanym infantylizmem, by w dalszej części rozwiązać w oczach widza fabułę z niekłamaną, niewymuszoną godnością. Być może podkreślenie tego kontrastu to zamierzony efekt reżyserski, który ma nas prowadzić do „docenienia” tej właściwej końcówki? Nie wiem, ale jeśli tak to gratuluję, mi się podobało, podobnie jak cały film, który zdecydowanie polecam nie tylko wielbicielom ekstremalnych wrażeń w kinie, do których chyba zresztą nie do końca sama należę. komentarze (10)
Strona: 1/1
1 Dodaj nowy komentarzJesteś niezalogowany. Zaloguj się, jeśli nie chcesz aby komentarz był anonimowy.Dodawanie komentarzy: |
|