Czwartek, 8 stycznia 2009
Szukaj w Internecie
Szukaj w Polibuda.info
Polibuda.info » Sport i turystyka » Sporty mało znane   
Drukuj
Jak dobrze mi się przyjrzeć, to nie wyglądam na zabijakę
8,45/10 głosów: 20 Oceń artykuł
fot. M. Moryl
fot. M. Moryl
W 2004 roku został Mistrzem Europy w kickboxingu. Rok temu jego kolejnym sukcesem było Mistrzostwo Świata. Jako pierwszy Polak walczył w formule K1 MAX. Być może mijaliście się w bibliotece. Michał Głogowski na co dzień jest studentem Inżynierii Materiałowej.

Może na początek kilka słów o sobie.

Michał Głogowski: Pochodzę z Siedlec. Studiuję, a właściwie kończę studia, na Wydziale Inżynierii Materiałowej. W tym momencie pozostało mi dokończenie pracy magisterskiej i obrona. Całe moje życie w jakiś sposób związane jest ze sportem. W szkole podstawowej i liceum grałem w koszykówkę. Mniej więcej na początku trzeciej klasy liceum poznałem chłopaka, który grał razem ze mną w koszykówkę, ale jednocześnie już od pół roku trenował kickboxing. Poszedłem na pierwszy trening, zobaczyłem, jak to wygląda i chciałem trenować. Problem tkwił w tym, że był już październik, a grupa rozpoczęła zajęcia we wrześniu i zdążyła już opanować pewne podstawy. Dlatego trener początkowo nie chciał zbytnio, abym uczestniczył w tych treningach. W pełni regularnie zacząłem trenować od lutego 2001 roku. W tym momencie zajmuję się tą dyscypliną już ósmy rok.

Skończyłeś szkołę średnią i rozpocząłeś studia na Politechnice. Czy nie przeszkodziło Ci to w treningach?

Studiuję dziennie, dlatego przez cały tydzień muszę być w Warszawie. Z drugiej strony wiedziałem, że trener, z którym współpracowałem bardzo mi odpowiada. Dlatego co weekend wracałem do Siedlec i brałem udział w jednym, dwóch treningach. Oczywiście mogłem zmienić klub i trenować w Warszawie, ale na tyle mocno jestem związany z moim rodzinnym miastem, że postanowiłem tego nie robić.

Jak wyglądały Twoje pierwsze walki? Kiedy nadeszły sukcesy?

Po roku treningów pierwszy raz pojechałem na turniej i, o dziwo, debiutancką walkę przegrałem. Już w kolejnej zwyciężyłem. Dało mi to szansę na udział w Mistrzostwach Polski, gdzie zająłem 3 miejsce. Był to medal w kategorii seniorów, a byłem jeszcze wtedy juniorem. W 2003 roku na Mistrzostwach Polski Juniorów wygrałem we wszystkich stylach, a pod koniec tego samego roku byłem najlepszy w Pucharze Polski. Wreszcie nadszedł 2004 rok, kiedy pojechałem na Mistrzostwa Europy.

Czyli nadszedł Twój pierwszy bardzo duży sukces.

Można powiedzieć, że tak. Na mistrzostwa musiałem pojechać na własny koszt. Polski Związek Kickboxingu nie chciał pokryć kosztów tego wyjazdu. Na szczęście udało mi się znaleźć sponsora. Na miejscu stoczyłem cztery walki, wszystkie zwycięskie, które dały mi tytuł Mistrza Europy. Szczególnie trudny był pojedynek półfinałowy z Rosjaninem. Rosjan można zaliczyć do najlepszych zawodników tej dyscypliny na świecie.

Czy ten tytuł dużo zmienił w Twoim życiu?
Na pewno zostałem zauważony w polskim świecie kickboxingu. Pojawiły się pierwsze zaproszenia na różne gale. Jednocześnie był to pierwszy i drugi rok studiów, więc było trochę ciężko. Kiedy chciałem wyjechać na zimowe zgrupowanie, musiałem odpowiednio wcześniej zaplanować sesję i w pierwszych terminach, bądź zerówkach, zdać egzaminy. Wtedy trenując w Zakopanem, nie przejmowałem się niezaliczonym egzaminem. Oczywiście były takie okresy, kiedy musiałem wyjechać na dłużej, np. Mistrzostwa Świata i wtedy po powrocie nadrabiałem zaległości.

Czy w związku z tym byłeś jakoś szczególnie traktowany na uczelni?

Nic takiego raczej się nie zdarzało. Wielu wykładowców nawet nie wiedziało, że trenuję, a usłyszeli o tym czym się zajmuję dopiero niedawno- na piątym roku, kiedy walczyłem na gali w Siedlcach. Była to walka o tytuł Mistrza Interkontynentalnego. Zaprosiłem wtedy dziekana wydziału, informacja o walce pojawiła się później nawet na stronie wydziału.

Czy to byłe duże zaskoczenie?
Muszę przyznać, że spore. Pytano, czy ten mistrz kickboxingu to ja. To samo nazwisko i imię. Zdziwienie wynikało chyba stąd, że studiowałem dziennie, a godzenie nauki z częstymi treningami wymaga sporego wysiłku.

Nie lepiej było wybrać studia na AWF?

Z jednej strony tak. Łatwiej byłoby mi trenować. Z drugiej natomiast, w tym sporcie łatwo o kontuzję. Nawet błaha może przekreślić szansę na dalsze kontynuowanie kariery, a wtedy pozostaje mi tylko praca trenera, w niekoniecznie dobrym klubie, bądź posada nauczyciela wf. Trzeba też pamiętać, że to nie jest w Polsce sport popularny. Nawet będąc najlepszym nie zarabia się oszałamiających pieniędzy.

Długo można walczyć na najwyższym poziomie? Do jakiego wieku zawodnicy trenują i ciągle wygrywają?

Z pewnością nie jest tak, że jest się najlepszym przez cały czas. Dwa, trzy lata można być na samym szczycie, ale później coraz częściej przegrywa się walki. Obserwuję też, że młodzi zawodnicy, do 30 roku życia są najlepsi, później jest znacznie trudniej być w czołówce.

Jako pierwszy Polak walczyłeś w K1?

Tak. W tym roku odbył się turniej na Torwarze, podczas którego przegrałem w finale. Zwycięzca jest już bardzo blisko wyjazdu do Japonii, a to można powiedzieć jest jakby spełnieniem moich marzeń. Walczą tam najlepsi zawodnicy, posiadający umiejętności na najwyższym poziomie. Wiem, że droga do uczestnictwa w organizowanych tam turniejach jest bardzo długa i oprócz talentu potrzebna jest po prostu odrobina szczęścia.

Jak wygląda taki turniej?

Zazwyczaj bierze w nim udział 8 zawodników. Drabinka jest znana już na początku. Aby wygrać, trzeba być najlepszym w trzech kolejnych walkach, a to jest sporym wyzwaniem. W przeciągu około dwóch godzin przez 27 minut (3 walki po 3 rundy po 3 minuty) należy pokazać maksimum swoich umiejętności. Do tego dochodzą kontuzje. W czasie takiego turnieju prawie na 100% mniejsza lub większa się przytrafi. Pozostaje tylko pytanie, czy będzie na tyle lekka, żeby walczyć dalej, czy też trzeba będzie się poddać.

Wspomniałeś o kontuzjach. Jakie Tobie się przytrafiły?

Po ostatnim turnieju w Warszawie prawie przez trzy miesiące dochodziłem do siebie. Nie miałem złamanej nogi, ale przytrafiło mi się rozszczepienie okostnej. Miałem tak rozbite piszczele, że nie było tam właściwego krążenia. Drugi taki turniej, który dał mi w kość, odbył się we Francji. Tam również walczyłem w finale i, niestety, znowu przegrałem. Zarówno tu w Warszawie, jak i we Francji, stoczyłem trzy pojedynki jednego wieczoru przez pełen wymiar czasu, a to jest ogromnym wyzwaniem dla organizmu.

Jakie najpoważniejszej kontuzji byłeś świadkiem?

Było to złamanie podudzia przy kopnięciu. Zdarzyło się to na Mistrzostwach Polski w 2004 roku. Zawodnik miał potem dość długą przerwę, ale po dwóch latach wrócił do boksowania.

Nie czujesz takiego lęku przed walką o swoje zdrowie? Nie martwisz się, że może przytrafić Ci się coś podobnego?

Nie, o niczym takim nie myślę. Oczywiście, jeśli to się zdarza, jest przykro, nie można boksować, ale ten, kto wychodzi do walki, o tym nie myśli. Skupia się na tym, jak pokonać rywala.

Co powoduje, że walczysz? Nie lepiej byłoby grać w koszykówkę?

Jest różnica między byciem przeciętnym graczem koszykówki, a mistrzem świata w kickboxingu. Zawsze przykładam się do tego, co robię, a kiedy jeszcze widzę, że to przynosi efekty, to nabieram siły do tego, by być jeszcze lepszym i trenować jeszcze ciężej. Moja mama pewnie wolałaby, żebym tańczył lub biegał. Mnie osobiście ten sport nie pasjonuje: nie lubię oglądać walk, nie znam nazwisk najlepszych zawodników. Nie śledzę tego na bieżąco. Lubię po prostu walczyć, spotkać się na ringu i sprawdzić.

Kwestia charakteru?

Nie wiem. Na pewno w życiu nie odpuszczam, w tym sensie, że prowadzę do końca zaplanowane rzeczy. Natomiast nie jest to związane z jakimiś zaczepkami na ulicy. Taka historia nigdy mi się nie zdarzyła.

Nie było jakichś prób, żeby zmierzyć się z mistrzem kickboxingu na ulicy?

Czy znałeś mnie wcześniej? Nie. Nie jestem kimś znanym. A jak dobrze mi się przyjrzeć, to nie wyglądam na jakiegoś zabijakę. Może Ci, którzy szukają przygód na ulicy, nie widzą we mnie ciekawego przeciwnika, nie są zainteresowani. I bardzo dobrze.

Jak reaguje otoczenie na wiadomość, jaki sport uprawiasz?

Na pierwszym, drugim roku studiów o tym, co robię, wiedziała garstka osób. Nikt jakoś tematu nie poruszał, po prostu trenowałem jakiś tam sport i tyle. Dopiero po gali w Siedlcach więcej osób mogło dowiedzieć się o moich tytułach. Na gali w Sosnowcu, kiedy walczyłem o tytuł Zawodowego Mistrza Świata federacji WKN, było sporo moich znajomych z grupy. Wiele osób nic nie wiedziało na temat tego sportu, a od tego momentu zaczęło się nim interesować. Nigdy nie lubiłem jakiegoś wielkiego szumu wokół siebie i dlatego raczej omijałem te tematy. Później wiele osób było zdziwionych moimi wynikami, zwłaszcza kiedy okazało się, że to sukcesy międzynarodowe.

A jak patrzy na Twoją pasję mama?

Na początku nie była zadowolona. Ona widziałaby mnie bardziej, np. w tańcu. Z czasem zrozumiała, dlaczego wybrałem właśnie taki sport. A teraz wiem, że jest ze mnie bardzo dumna, zbiera różne wycinki z gazet, często zdarza się, że znajomi z pracy gratulują jej moich sukcesów.

Jakie cechy według Ciebie decydują o sukcesie?

Na pewno ważny jest talent. Jest to swego rodzaju podstawa, baza do rozwoju. Jako drugą cechę wymieniłbym upór, determinację, takie cechy bardziej mentalne. Trzeba wiedzieć, czego się chce, do czego się dąży, co jest ważne. W zasadzie kombinacja tych dwóch cech powinna wystarczyć. W bieganiu potrzebujesz w zasadzie tylko butów. W kickboxingu potrzebujesz trochę miejsca na sali, worek, rękawice i trenera.

Jak wyglądają Twoje treningi?

Kiedyś startowałem dużo częściej, była masa eliminacji do Mistrzostw Polski. Praktycznie co tydzień, dwa mogłem jeździć na zawody. Treningi były więc bardziej w tygodniu, pomiędzy walkami. Teraz przygotowuję się do dwóch, trzech poważnych turniejów w roku. Dwa miesiące przed ważnym dla mnie turniejem, zaczynam przygotowania. Poza tym zimą i latem są zgrupowania kadry Polski, gdzie trenowana jest podstawa, czyli wytrzymałość, na której później budujemy dynamikę, technikę.

Kończysz powoli studia. Sam też podkreślałeś, że kariera kickboxera może zakończyć się bardzo szybko z powodu kontuzji. Co planujesz dalej robić?

Na to pytanie sam jeszcze nie mogę sobie odpowiedzieć. Nie wiem, jak może się potoczyć moja sportowa kariera. Na pewno, jeśli tylko będę mógł, to chciałbym jeszcze trenować. Jeśli nie, to mam dyplom, znajdę pracę, a kickboxingiem zajmę się hobbystycznie. Jednak w tym momencie chciałbym jeszcze trenować. Może uda mi się zakwalifikować do turnieju w Japonii? Tam na pewno czekają fajne walki, większe pieniądze i wiele emocji.

Najbliższe plany?

Praktycznie za chwilę zaczynają się Mistrzostwa Europy, 24 listopada wylatujemy do Portugalii, wracamy 1 grudnia. Jeśli się uda, będzie super. W planach mam też kolejny wyjazd do Tajlandii do najlepszego obozu treningowego na świecie FAIRTEX.

Oceń artykuł
8,45/10 głosów: 20
Autor: Łukasz Bezulski dnia: 23.11.2008 [10:15]
Dodaj do: Dodaj do Google Bookmarks Dodaj do Wykop.pl Dodaj do del.icio.us Dodaj do gwar.pl


komentarze (1)

Jak dobrze mi się przyjrzeć, to nie wyglądam na zabijakę
Anonim IP: 10.1.103.* +odpowiedz skasujcie ten komentarz
23.11.2008 [18:42]
brakuje galerii malej

Strona: 1/1
1 

Dodaj nowy komentarz

Jesteś niezalogowany. Zaloguj się, jeśli nie chcesz aby komentarz był anonimowy.



Zwiększ wysokość pola Zmniejsz wysokość pola

(opcjonalnie)
8 + 3 plus dziewięć =
38.103.63.* - w takiej postaci pojawi się Twoje IP, gdy jesteś niezalogowany

* zabezpieczenie antyspamowe (dla niezalogowanych użytkowników)

Dodawanie komentarzy:
Użyj [http://www.polibuda.info] lub [http://www.polibuda.info|opis] przy wstawianiu odsyłaczy..
Tagi HTML są zablokowane.