Doktor Sherlock

W nowym filmie Marvela „Dr. Strange” zobaczymy plejadę gwiazd. Po kolei na ekranie ujrzymy: Tildę Swinton, której nikomu nie trzeba przedstawiać, Madsa Mikkelsena ( serial „Hannibal”), Rachel McAdams („The Notebook”) i Benedicta Cumberbatcha. Ten ostatni, grający tytułową rolę Dr. Strange'a wykreował niedawno zupełnie nowe oblicze Sherlocka Holmesa w serialu BBC i z tej roli znamy go prawie wszyscy.

Cumberbatch ponownie wciela się w rolę błyskotliwego geniusza o ciętym języku, w dodatku mocno zdystansowanego do swego otoczenia. Przez ten początkowy fragment filmu, w którym Strange jest jeszcze „tylko” światowej sławy neurochirurgiem, gra aktorska jest tak łudząco podobna, że można by pomyśleć, że Benedict trenuje do czwartego sezonu serialu. Pasuje nawet bohater żeński, intelektualnie poniżany przez bohatera głównego (Molly Hooper w Sherlocku i Christine w Dr. Strange). Z jednym może wyjątkiem, ale zdradzanie fabuły filmu jest w złym guście.

Aż tu nagle...!

Wszystko zmienia się jednak diametralnie w momencie, w którym Lamborghini naszego bohatera wypada poza barierki podczas wyprzedzania na górskiej drodze i zatrzymuje się na ogrodzeniu sto metrów poniżej urwiska. To jest moment, w którym zaczynamy dostrzegać kunszt aktora, potrafiącego w filmie o superbohaterach naprawdę przejmująco zagrać człowieka, który wraz z władzą w palcach obydwu rąk stracił możliwość wykonywania zawodu. I który za wszelką cenę stara się to odzyskać, bo nie ma dla niego życia bez ratowania innych. Można powiedzieć więcej: to jego gra aktorska sprawia, że wycieczka do Nepalu za ostatnie grosze nie jest naciąganą bajeczką, a spójną częścią fabuły, którą widz przełyka bez mrugnięcia okiem. Sztuką jest zagrać tak, by w ciągu piętnastu minut filmu postać przeszła od twardo stąpającego po ziemi lekarza w adepta sztuk magicznych machającego rękoma w górskim klasztorze, nie tracąc przy tym wiarygodności.

Wybuchy, wszędzie wybuchy

Jednak niczym byłyby w filmie popisy aktorskie, gdyby nie ekipa od efektów specjalnych. Pamiętacie film „Incepcja”, a konkretnie scenę, w której całe miasto zawija się jak naleśnik? Tutaj jest podobnie. Tylko bardziej z bliska, z każdej strony, z efektem lustra i bohaterami biegającymi po obracających się korytarzach i kamienicach. Do tego wirujące ogniste portale, skoki z wieżowców i walki płonącymi biczami, ale uznajmy, że to już widzieliśmy.

Ogólnie film cieszy oko. Nie idziemy na film Marvela, żeby zgłębiać dogmaty kultury, zastanowić się nad problemami socjologii czy przemyśleć naszą egzystencje. Idziemy nacieszyć oko i posłuchać ładnej bajki, a wszystko to „Dr. Strange” robi świetnie i z niejaką świeżością, bo po „Avengersach” i „Iron Manie” wprowadza do gry zupełnie nowych bohaterów. Dla fanów – pozycja konieczna. Dla innych – miło spędzony czas.

_
Red. Kuba Jonakowski
_

systemu komentarzy dostarcza Disqus
nasi partnerzy