Job - czyli ostatnia szara komórka - recenzja

plakat reklamujacy

plakat reklamujacy

Polskie kino od czasu „Chłopaki nie płaczą” nie było w stanie stworzyć komedii, która potrafiłaby porwać publiczność, a dialogi i powiedzonka bohaterów wniknęłyby do naszego codziennego języka. Twórcy filmu „Job…” podjęli próbę dołączenia do grona kultowych polskich komedii współczesnej kinematografii. Z jakim skutkiem?

Ten artykuł został opublikowany 25-04-2013 15:27 i może nie być aktualny. Spróbuj wyszukać nowsze treści.

Fabuła filmu jest prosta jak drut- trzej serdeczni kumple Adi, Pele i Chemik zmagają się z niesprzyjającą szarą rzeczywistością. Dwaj pierwsi stracili właśnie pracę, ostatni cierpi z powodu hałaśliwego psa sąsiadki w bloku- przeszkadza mu on bowiem opanować materiał na egzamin poprawkowy z chemii organicznej. Jak w dobrej hollywodzkiej produkcji, niektóre z tych zamiarów (oraz wiele innych całkowicie nieprzewidzianych) zostają zrealizowane pod koniec filmu. Ale po kolei.

Akcja- z czymś takim nie spotkałem się jeszcze w żadnym polskim filmie- niby jakaś fabuła istnieje, ale nijak ma się do wydarzeń na ekranie. Twórcy mieli chyba zamiar sposobem realizacji swojego dzieła nawiązać do „Pulp Fiction”, co oczywiście się nie udało. Film jest w zasadzie zbiorem bardzo luźno powiązanych ze sobą skeczy. Trzeba jednak dodać, że skeczy naprawdę świetnych. Nie jest to siermiężny, prymitywny humor. Efekt komiczny aktorzy ( świetnie zaprezentowała się tutaj trójka głównych bohaterów-Borys Szyc, Andrzej Andrzejewski i Tomasz Borkowski) osiągają przez grę słów i zaskakujące skojarzenia- przytoczę jeden dialog pomiędzy księdzem
(K) a proboszczem (P):

K: Witam proboszczu, widzę nowe buty zamszowe?
P: Nie!! Za swoje!!

Kolejnym atutem filmu jest masa trafnych nawiązań do otaczającej nas rzeczywistości- świetne minirólki ukazujące relacje między Azjatami a Polakami, stosunek młodych mieszkańców blokowiska do policji i straży miejskiej i inne zjawiska społeczne doskonale znane nam z codziennego życia.

To, co mi się nie podoba, to bardzo głupiutka rola Agnieszki Włodarczyk jako dziewczyny Adiego. Aktorka nic dobrego nie pokazała, spokojnie można byłoby odpuścić sobie tą postać (a zainicjowaną przez nią akcję zrealizować przez innego bohatera). Pozostali aktorzy drugoplanowi dobrze wypełnili swoją role - nie rażą i pozwalają skupić się na grze słów, w tym filmie zdecydowanie najważniejszej.

Podsumowując, nie jest to dzieło komediowe na miarę „Chłopaki nie płaczą” czy serii „Killerów”. Nie jest to też dobre odtworzenie sposobu prowadzenia akcji przyjętej przez Tarantino w „Pulp Fiction”. Ale jest to zdecydowanie za krótki, obfitujący w świetne, błyskotliwe wręcz momenty zbiór skeczy luźno powiązany za pomocą wspólnych bohaterów i słabej fabuły. Polecam jako początek piątkowego lub sobotniego wieczoru - na pewno z kina wyjdziecie z uśmiechem na ustach i bez oznak znużenia, o ile nie nastawiliście się na wybitne dzieło z głębokim przekazem.

Autor: Tomasz Turski

Dodano:

25-04-2013 15:27

Dodane przez:

Olga Paluchowska

Kategoria:

Recenzje
systemu komentarzy dostarcza Disqus
nasi partnerzy