Ona i on na „Nienawistnej Ósemce", czyli recenzja ósmego filmu Tarantino

Za nami premiera najnowszego dzieła Quentina Tarantino. O tym, czy jest to film dla każdego widza, czy tylko dla koneserów modernistycznego kina, przeczytacie w relacji naszych redaktorów. Macie wyjątkową okazję poznać sprawę zarówno z damskiego, jak i męskiego punktu widzenia.

Ten artykuł został opublikowany 12-02-2016 16:50 i może nie być aktualny. Spróbuj wyszukać nowsze treści.

Ona:
Na wstępie uprzedzam: nie jestem fanką ekscentrycznego Tarantino. Preferuję inne kino, chociaż „Django” przekonało mnie na tyle, że postanowiłam ulżyć sobie w sesji wypadem do kina na „Nienawistną...”. Czy żałuję? Zdecydowanie nie!

On:
Jako „ósmy” film tego reżysera, „Nienawistna Ósemka”, nie zaskakuje w żaden sposób widza, serwując mu akcję w czystej postaci. Tarantino nie próbuje być kimś, kim nie jest – robi to co umie robić najlepiej, czyli serwuje nam prostą, męską rozrywkę.

Ona:
Fabułę tego westernu, osadzonego w czasach po wojnie secesyjnej, śledzi się łatwo, aczkolwiek może się ona momentami wydawać za długa (168 minut). Typowy Tarantino: przemoc i długie dialogi. Film otwiera scena z kultowym Samuelem L Jackson (mówi się, że jest on oczkiem w głowie reżysera). Wcielił się w rolę łowcy głów, który wraz z kolegą po fachu i ofiarami podąża do Red Rock. Z powodu śnieżycy muszą zatrzymać się w zajeździe Pasmanteria Minnie i przeczekać nawałnicę w nietypowym towarzystwie. Film można więc podzielić na dwie części: podróż i postój. Niby mało skomplikowane, ale zdradzieckie relacje pomiędzy ośmioma bohaterami stanowią uwikłanie z poplątaniem. Trudno w prosty sposób podzielić ich na „złych i dobrych”. Wszyscy są nieźle pokręceni, a reżyser utrudnia sprawę co chwilę przedstawiając ich w innym świetle.

On:
Zaletami filmów Tarantino są przede wszystkim postaci, które stara się przedstawić widzowi, chociaż nie wiem, czy kogokolwiek to obchodzi – przecież liczy się tylko krew, przemoc i więcej krwi. To jest to, co kręci dużych chłopców i co ma przyciągnąć ich przed ekran. Sposób uzasadnienia takiego okrucieństwa jest tym co odróżnia słabe kino od dobrego. A Quentin się nie myli. Udowadnia to po raz ósmy.

Ona:
Najmocniejsza strona filmu? Aktorzy! Moje serce zdobyła Jennifer Lason Leigh w roli Daisy Domergue – kobiety wiezionej przez łowców głów prosto na spotkanie z katem. Złośliwość losu, a w zasadzie scenarzysty-reżysera sprawia, że spotyka go wcześniej, niż było jej to pisane. To właśnie sceny z jej udziałem wywołują największy uśmiech na twarzy widza. Najbardziej zapada w pamięć jej nieczysty wokal połączony z grą na gitarze.

On:
Jedyne zastrzeżenie jakie można mieć do tej produkcji to chyba tylko data wydania – jak taki film może konkurować z nową częścią Gwiezdnych Wojen? Dzieło J.J. Abramsa zbiera wszystkie rekordy i nagrody po kolei – jak Tarantino chce z przetrwać w walce z takim gigantem? Cóż… nie chce. To Tarantino, jego filmy bronią się same, a siódma część dramatu rodzinnego Skywalkerów prawdopodobnie podzieli losy niesławnej Nowej Trylogii. To właśnie siła tego typu kina – widzieliśmy to już tysiąc razy, ale ciągle się nam podoba i będziemy oglądać wszystko, co Quentin stworzy. Są prawa dynamiki Newtona, jest prawo karne – jest i prawo kina: będziesz wielbił, co Tarantino wyprodukuje.

Ona:
Nie wszystko przypadło mi jednak do gustu. Nie mam awersji do krwawych scen, spodziewałam się wręcz długich minut spędzonych na wpatrywaniu się w wylewające się wnętrzności bohaterów (to przecież Tarantino), ale momentami była to już przesada. Napisałam wcześniej, że fabułę śledzi się łatwo, co nie oznacza że jest ona prosta. Quentin sprytnie wplątał tu wątki historyczne, polityczne i nierówności rasowe. Rada na zakończenie: jeśli kogoś męczą długie dialogi, nie powinien tego oglądać, bo prawdopodobnie seans zakończy w połowie. Z drugiej strony, fani kina postmodernistycznego i niebanalnego będą zadowoleni!

O autorze

Jędrzej Dumania

Pokaż ostatnie artykuły tego autora
systemu komentarzy dostarcza Disqus
nasi partnerzy