Ona i on na Spectre - recenzja najnowszego filmu z Bondem!

Drodzy czytelnicy, jeśli spodziewacie się typowej recenzji najnowszego filmu o przygodach agenta 007, ten artykuł nie spełni do końca Waszych oczekiwań. Macie za to niepowtarzalną okazję porównać damski i męski punkt widzenia o 24. filmie o najważniejszym pracowniku Ml6.

Ten artykuł został opublikowany 21-11-2015 19:42 i może nie być aktualny. Spróbuj wyszukać nowsze treści.

ONA

Dlaczego Spectre?

Jako studentka muszę rozważnie wydawać swoje pieniądze. Pozwoliłam sobie jednak na wyjście do kina na prapremierę Spectre. Powody są dosyć trywialne… Przystojni bohaterowie, szybkie samochody (tak, tak, dziewczyny też lubią takie rzeczy) i egzotyczne widoki. Pod tym względem zdecydowanie się nie zawiodłam.

Demony przeszłości

Tym razem James Bond udaje się do Rzymu i Meksyku, aby rozwiązać zagadki z przeszłości. Tam odkrywa istnienie tajnej organizacji terrorystycznej SPECTRE (Specjalna Egzekutywa Kontrwywiadu, Terroryzmu, Odwetu i Wymuszania), na rozpracowaniu której skupiają się jego kolejne działania. Współpracując z atrakcyjną (tak dla odmiany) córką byłego wroga infiltruje nieznane stowarzyszenie. Okazuje się, że z jednym z członków grupy łączą go bardziej zawiłe relacje.

Męczący zmęczony Craig

Magiczne niebieskie oczy i idealnie skrojone garnitury (może poza białym z plakatu promującego film, co do którego zgodziła się ze mną nawet męska część widzów). To chyba najbardziej przyciągało mój wzrok do osoby Bonda. Nie mogę nic „zarzucić” Danielowi Craigowi, aczkolwiek jestem już trochę zmęczona jego grą aktorską i cieszę się, że w następnym filmie w tej roli zobaczymy być może kogoś innego (już teraz trwają spekulacje na temat koloru włosów, a nawet skóry nowego agenta 007). Tradycyjnie nie zawiódł fenomenalny Christoph Waltz w roli złowrogiego Franza Oberhausera. Pozostali panowie nie zachwycili mnie już tak bardzo.

I nie tylko Craig

Panie? Hmmm… Byłam bardzo zaciekawiona, jak poradzi sobie Monika Bellucci w roli zdesperowanej wdowy. Kiedy tylko pojawiła się na ekranie, usłyszałam szepty w stylu „ale ona się postarzała”. Nic merytorycznego, prawda? Dodam zatem od siebie, że w ciągu tych 5 minut nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Ani pozytywnego, ani negatywnego. Po prostu była.

Mała przyjemność z Bondem

Sama fabuła trzyma w napięciu, a zakończenie odbiega nieco od sztampowych, utartych schematów, opisujących 007 jako maszynę do zabijania (nie martwcie się, spoiler alert odwołany). Wiadomo, że żadnemu człowiekowi nie przysługuje taki zapas szczęścia jak Bondowi i całość stanowi jedną wielką fikcję. Jednak czasem to już lekka przesada. Przyznam jednak, że ani razu nie spojrzałam na zegarek, aby odliczyć czas do końca. Często zdarzało mi się także w wyniku doznanych wrażeń zapomnieć o stojącym obok mnie popcornie. To w takim razie oznacza, że warto sprawić sobie małą przyjemność w postaci biletu do kina (ważne: dobre towarzystwo wskazane).

Czas na muzykę (na szczęście!)

A! Zapomniałabymm dodać, że w przeciwieństwie do wielu krytyków, uważam tytułową piosenkę za najmocniejszy aspekt filmu (do Chrisa Cornella się jednak nie umywa).

ON

Zawód – szpieg. W przypadku Spectre tylko zawód.

Kolejne demony przeszłości

Dwudziesty czwarty film o agencie 007 zawitał do kin w czwartek tydzień temu. W tej części Bond musi zmierzyć się z organizacją zrzeszającą wszystkich bandziorów, a także z demonami przeszłości.

Wstrząśnięty, zmieszana?

Zdecydowanie lepiej byłoby, żeby po prostu sączył martini gdzieś na Karaibach. Początkowe sceny nie zapowiadają klęski jaką jest ta część. Wszystko się mieni, błyszczy, wybucha, muzyka jest żwawa i „bondowska”. Szkoda tylko, że po tym wstępie Mendesowi skończył się pomysł na film. Scena w helikopetrze jest do bólu wręcz generyczna, na szczęście nie trwa zbyt długo i przechodzi w zjawiskowy opening z piosenką Sama Smitha „Writings on The Wall”. Potem jest już tylko gorzej.

Zmęczony nie tylko Craig

Od filmów „z Bondem” oczekujemy przede wszystkim gadżetów, akcji i gadżetów. MI6 w filmie jest przedstawione jako relikt przeszłości, a M robi co może, żeby wyciągnąć od rządu choć trochę pieniędzy – o gadżetach agenci 00 mogą zapomnieć. Film nagrywa Mendes – o akcji widzowie mogą tylko pomarzyć. Postaci praktycznie mogłyby nie istnieć – rola Belluci jest żenująca, Craig jest już zbyt stary i chyba mu nie zależy, a Lea Seydoux zbyt młoda, żeby tchnąć życie w tego geriatryka.

Po Skyfall'u spodziewaliśmy się czegoś więcej

Muzyka – nudna, niezapadająca w pamięć, kompletnie „stockowa”. Na fabułę w tej serii nikt nie zwraca uwagi, ale po Skyfall’u spodziewaliśmy się czegoś więcej. W zasadzie czegokolwiek. Tutaj „główny zły” (w tej roli genialny pan Waltz) Ernst Stavro Blofeld toczy prywatną vendettę przeciwko Bondowi, bo był zazdrosny o 007 w dzieciństwie. O zakończeniu, panu Hinxie i niezwykłej celności agenta Jej Królewskiej Mości nie warto nawet wspominać.

Na Spectre pójść warto, ale nie można nastawiać się na zbyt wiele. Ot, zwykłe kino akcji.

systemu komentarzy dostarcza Disqus
nasi partnerzy