"Smycz" w Teatrze Polskim we Wrocławiu

http://www.teatrpolski.wroc.pl/

B. Maz

"Moje lewe ucho... moje lewe ucho jest bardziej odstające... moje lewe ucho jest bardziej odstające od drugiego, bo podczas porodu owinęła mi się wokół niego pępowina... matka mi powiedziała... a mówią, że rodzimy się wolni.”

Ten artykuł został opublikowany 28-10-2008 14:49 i może nie być aktualny. Spróbuj wyszukać nowsze treści.

To prawda, mówią że rodzimy się wolni. Jednak czy jest to pełna, absolutna wolność czy tylko taka związana z podstawowymi prawami człowieka to już trzeba się głębiej zastanowić. We współczesnym świecie istnieje mnóstwo czynników, „smyczy”, które nas zniewalają, i to przy naszej zgodzie. Sami dobrowolnie dajemy się do nich przywiązać i zgadzamy się na kierowanie naszym życiem z zewnątrz.

Zwrócił na to uwagę Bartosz Porczyk w spektaklu „Smycz” reżyserii Natalii Korczakowskiej i do tego zrobił to w bardzo ciekawy i nowatorski sposób. Nie dość, że przedstawił zupełnie nowe, dwudziestopierwszowieczne sposoby na odebranie sobie wolności, takie jak uzależnienie od pracy czy zakupów, to oprawił to wszystko w zachwycającą formę, dającą ogromne pole do popisu dla samego aktora. Bartosz Porczyk wykorzystał tą możliwość i zaprezentował chyba wszystkie swoje talenty aktorskie, nie oszczędzając środków. Taką możliwość zaprezentowania przekroju swojego warsztatu dał mu fakt, że grał wiele postaci, z których każda kolejna różniła się diametralnie od poprzedniej. W ciągu kilku sekund aktor zmienia się w całkiem innego bohatera, w takim stopniu innego, że aż trudno uwierzyć że to wciąż ta sama osoba. Różni się wyglądem, ubiorem, sposobem chodzenia, mówienia. Wszystkich bohaterów łączy jednak jeden element – smycz.

Każdy jest w jakiś sposób zniewolony. Mamy między innymi pracoholika, konsumenta uzależnionego od zakupów, prostytutkę zniewoloną przez własne ciało, włamywacza, który musi się włamywać do wszystkiego, co napotka po drodze włącznie z ludzkimi umysłami i jeszcze kilka innych zniewolonych postaci. Każda kolejna była szansą na zaprezentowanie kolejnych możliwości aktora. Były krzyki, refleksyjne myśli, schizofreniczne wypowiedzi, wygłupy, komiczne ruchy, śpiew, a nawet granie kobiety, do tego prostytutki. Jednym słowem ekspresja. Jakbym miał streścić całą sztukę jednym słowem to użyłbym właśnie tego słowa. W tej ekspresji ujawnia się swoisty geniusz Bartosza Porczyka. On nie pokazuje emocji za pomocą zachowań czy słów. On pokazuje po prostu emocje. W czystej formie, jakby obdarte z jakiejkolwiek oprawy. Oczywiście używa do tego różnych środków, ale robi to w taki sposób, że my na nie nie zwracamy uwagi. Staje nagi (nawet w kilku momentach dosłownie, ale teraz mam na myśli przenośnię) i pokazuje „rozebrane” uczucia.

Myślę, że właśnie tutaj należy doszukiwać się katharsis w tym spektaklu, oczyszczenie polega tu na tym, że możemy fizycznie zobaczyć abstrakcję, coś czego w rzeczywistości nie widać – emocje. Jest to jedna z niezwykłych możliwości jakie daje teatr, a Bartosz Porczyk wykorzystał ją znakomicie i jestem wręcz przekonany, że zrobił to w pełni świadomie. Czuć to przez cały czas trwania sztuki, ma się wrażenie że aktor celowo wprowadził ten nowy typ katharsis i to jest jego myślą przewodnią przy tym spektaklu. Niesamowite wrażenie pod tym względem zrobił na mnie moment, kiedy pełen jakiejś dziwnej determinacji i szaleństwa próbuje przebić się przez ścianę teatru wykrzykując przy tym opętańcze teksty, niby przyziemne, ale w tej sytuacji nabierające nowego znaczenia. Mówi, a właściwie już krzyczy o tym co robiłby ze swoją ukochaną, ale robi to w taki sposób, jakby to była najważniejsza, ba, jedyna ważna rzecz w tym momencie. Z każdą chwilą zachowuje się coraz głośniej, mocniej, szybciej, bardziej szaleńczo, wydaje się, że postradał wszystkie zmysły, przy okazji przekazując widzowi te same uczucia. Ekspresja osiąga wtedy swoje apogeum, a nawet zostaje zawieszona w tym punkcie na jakiś czas. Po chwili, nagle, w ciągu jednej chwili aktor przechodzi w kolejny skrajny stan emocjonalny - siada uspokojony i zmęczony pod ścianą... W tym momencie tworzy się w teatrze dziwny klimat Ma się wrażenie, jakby było słychać każdy oddech, czuje się wyjątkową ciszę i napięcie. Wynika to właśnie z tego kontrastu - przed chwilą byliśmy świadkami szaleństwa, które nagle przemieniło się w kojący spokój. Dopiero teraz dociera do nas to, co się przed chwilą stało, przedtem nie było nam dane nawet nad tym zastanowić, wszystko działo się tak szybko i mocno, że trzeba było, chcąc nie chcąc, wczuć się w te emocje. Ten fragment przypomina mi „Wielką fugę” Beethovena – szaleńcza, chaotyczna gonitwa gdzieś po głębinach ekspresji i emocji, nie dająca nam chwili wytchnienia, sekundy na nabranie oddechu, atakująca nas z każdą chwilą Jednak po kilku chwilach refleksji nad tym wszystkim trzeba wracać myślami na scenę, ponieważ aktor, wciąż siedząc oparty o ścianę, właśnie zaczyna snuć teorie na temat... potu. Mówi to z ogromnym przejęciem, znowu pojawia się szaleństwo, tylko tym razem jakieś inne, spokojne, nazwałbym to obłąkaniem. Dowiadujemy się teraz między innymi czemu, według bohatera, pot występuje najczęściej na twarzy.

Po tych refleksjach następują oczywiście kolejne zmiany osobowości i emocji, przeplatane piosenkami. Chociaż z drugiej strony nie wiadomo, czy to nie piosenki są przeplatane akcją. Muzyka odgrywa w tym spektaklu ogromną rolę, można nawet powiedzieć że jest jego drugim aktorem. Zespół złożony z sześciu osób spisuje się świetnie. Co chwilę słychać jakieś dźwięki wprowadzające odpowiedni klimat do akcji, jak na przykład zmysłowe, nawet erotyczne „zaciągania” na gitarze elektrycznej podczas zalotnego pochodu prostytutki po scenie. W spektaklu zostało wykonane także kilka znanych utworów, m.in. zespołów Manaam, Lady Pank, Myslovitz i rapera Łony. Wszystkie dotyczyły, bezpośrednio lub trochę metaforycznie, różnych zniewoleń. Każda z tych piosenek była dość mocno reinterpretowana przez zespół, dzięki temu nie można nikogo posądzić o wtórność i brak własnego wkładu w spektakl. Piosenka „Fabryka małp” zespołu Lady Pank została wykonana w niesamowity sposób, jeśli nie lepszy, to przynajmniej porównywalny do oryginału, chociaż całkiem inny, na pewno dużo bardziej emocjonalny. Oprócz tego została wykonana piosenka autorska Porczyka pod tytułem „Promocja”. Przepiękny, spokojny, lecz nie smutny utwór z pozornie banalnym tekstem rozpoczyna się piękną melodią na skrzypcach przechodzącą następnie w cichy podkład, żeby dać szansę na zaprezentowanie wokalu Bartosza Porczyka. Mówiąc o piosenkach, nie można nie zwrócić uwagi na jego umiejętności wokalne. Naprawdę zachwyca już samą barwa głosu, a do tego wyraźnie słychać że ma bardzo dobry warsztat muzyczny. Wróćmy jednak do właściwej akcji. Ostatnią z postaci granych przez Bartka była prostytutka Margaret, przy okazji której wprowadzono dużo komizmu. Tutaj muszę zaznaczyć, że mam mieszane uczucia co do żartów w spektaklu. Bartosz Porczyk po prostu opowiedział kilka kawałów, do tego bardzo starych, znanych i mało inteligentnych. Jednak można to uznać za celowe działanie, prawdopodobnie chciano w ten sposób maksymalnie wyeksponować nie najwyższy poziom inteligencji Margaret. Bardziej zabawny od tych żartów był wygląd i ruchy aktora w roli zmysłowej, skąpo ubranej prostytutki. Jeśli ktoś do tego momentu spektaklu nie przekonał się o niezwykłym talencie Bartka Porczyka, teraz musiał skapitulować. Aktor pozytywnie przeszedł jeden z najtrudniejszych sprawdzianów umiejętności aktorskich jakim jest zagranie przeciwnej płci.

Polecam „Smycz” szczególnie tym, którzy chcieliby zacząć świadomie odbierać sztukę. Zostało w tym spektaklu wykorzystane mnóstwo możliwości jakie daje teatr, jest to szansa na poznanie czym jest ekspresja w najczystszej postaci.


Autorem tekstu jest Wojciech Elbert

Dodano:

28-10-2008 14:49

Dodane przez:

Jarek Rencz

Kategoria:

Recenzje
systemu komentarzy dostarcza Disqus
nasi partnerzy